Wciąż jestem sama. Co ze mną jest nie tak?
Czasem samotność boli mniej niż to, co zaczynasz o sobie myśleć, kiedy jesteś sama. Ten artykuł pomoże Ci zobaczyć różnicę między byciem samej a poczuciem, że „coś jest ze mną nie tak”.

Mam już 30 lat i wciąż jestem samotna
Mam już 40 lat i wciąż jestem samotna
Mam 47 lat i jestem samotna.
Takie zdania od lat pojawiają się w statystykach mojego bloga.
Ktoś wpisuje je w Google późnym wieczorem, w pracy, po spotkaniu ze znajomymi, po kolejnym rozczarowaniu albo w dzień, który dla innych ma być romantyczny.
I trudno się dziwić.
Samotność potrafi zatruć każdy moment życia. Nawet taki, który z zewnątrz wydaje się całkiem zwyczajny.
Czasem bycie samej jest łatwiejsze. Można zająć się pracą, obowiązkami, codziennością. Można na chwilę o tym zapomnieć.
Ale są dni, kiedy samotność wraca z całą siłą.
Na przykład w walentynkowy wieczór, kiedy jedni poddają się obowiązkowej romantyczności, a inni zadają sobie ciche, bolesne pytanie:
„Co jest ze mną nie tak?”
Czy samotność oznacza, że coś ze mną jest nie tak?
Kiedy zadajesz sobie pytanie „co ze mną jest nie tak…?”, wpadasz w ślepą uliczkę. Na pierwszy rzut oka to pytanie wydaje się uzasadnione.
Bo gdyby znaleźć na nie odpowiedź, może dałoby się coś zrobić. Odzyskać wpływ. Może dałoby się wreszcie zrozumieć, dlaczego jestem samotna, skoro tak bardzo pragnę związku.
Tylko że to pytanie to pułapka. Postawione w takiej formie nie pomaga szukać rozwiązania. Raczej uderza w poczucie własnej wartości.
Bo nie pytasz wtedy spokojnie: „Co mogę zrobić inaczej?”
Tylko oskarżasz siebie: „Co jest ze mną nie tak?”
A to zupełnie inny punkt startu.
Z takiego miejsca trudno spojrzeć na siebie łagodnie i z akceptacją. Trudno też uczciwie przyjrzeć się temu, na co masz wpływ, a na co go nie masz.
Bo w relacjach, jak w wielu innych sprawach, efekt zwykle zależy od dwóch rzeczy: od naszej aktywności i od okoliczności, których nie da się w pełni kontrolować.
Nie możesz samą siłą woli sprawić, że pojawi się odpowiedni człowiek.
Nie zmusisz kogoś do bliskości.
Nie masz gwarancji, że kolejna znajomość zamieni się w dobry związek.
Ale to nie znaczy, że nie możesz zrobić nic.
Tylko że tym „czymś” nie zawsze jest jeszcze większe staranie się.
Nie zawsze chodzi o kolejne randki, kolejne aplikacje, kolejne poprawianie siebie, kolejne próby udowodnienia, że jesteś „wystarczająco atrakcyjna”, „wystarczająco ciekawa”, „wystarczająco gotowa na związek”.
Czasem takie działania pomagają.
Ale bardzo często robią coś odwrotnego.
Zwiększają napięcie.
Obniżają poczucie własnej wartości.
Sprawiają, że każde spotkanie zaczyna być testem:
„czy tym razem się uda?”
A wtedy samotność nie tylko boli.
Ona zaczyna rządzić całym życiem.
Gdy chcesz za bardzo
Kiedy spotykam kobiety cierpiące z powodu samotności, często widzę, jak ich uwaga zaczyna koncentrować się prawie wyłącznie na jednym obszarze życia.
Na tym, że nie ma związku.
Nie ma rodziny, o której marzyły.
Nie ma kogoś, kto wybiera je każdego dnia.
Nie ma tej jednej osoby, przy której można poczuć: „jestem ważna”.
Jedna z kobiet opisała to tak:
„Nie potrafię o niczym innym myśleć. Nie mogę się na niczym skoncentrować. Zadręczam się tą myślą. Czuję się inna, gorsza. Coraz trudniej znoszę samotność. Chcę założyć rodzinę, ale nie wiem, czy mam po prostu czekać na tego jedynego, czy szukać — tylko jak? Wciąż prześladuje mnie myśl, że to ze mną coś jest nie tak, że jestem sama i nie wiem, jak mam to zmienić.”
W tej historii, nie chodzi już tylko o brak partnera. Tu samotność zaczyna stawać się definicją siebie.
Jestem samotna zaczyna znaczyć:
jestem gorsza,
jestem niewybrana.
jestem jakaś nie taka.
moje życie nie układa się tak, jak powinno.
A kiedy samotność tak mocno przykleja się do obrazu siebie, bardzo łatwo wpaść w błędne koło.
Im bardziej boli, tym bardziej o tym myślisz.
Im bardziej o tym myślisz, tym większy staje się brak.
Im większy staje się brak, tym trudniej zobaczyć cokolwiek poza nim.
Samotność może wtedy działać jak czarna dziura.
Wciąga uwagę, energię, poczucie wartości, nadzieję…
Po pewnym czasie nie widzisz już całego swojego życia.
Widzisz głównie to jedno miejsce, w którym czegoś brakuje.
Nie musisz robić z samotności całej prawdy o sobie
Samotność jest trudna.
Bywa źródłem cierpienia.
Może budzić smutek, zazdrość, złość, wstyd i bezradność.
Nie ma nic dziwnego w tym, że ją przeżywasz.
Jeśli bardzo chcesz bliskiego związku, to pies, ciekawa praca, hobby czy spotkania ze znajomymi NIE zastąpią tej konkretnej potrzeby. Nie chodzi więc o to, żeby sobie wmówić, że „wszystko jest dobrze”.
Nie jest dobrze, jeśli boli.
Ale jednocześnie ten brak nie musi stać się centralną i najważniejszą prawdą o Tobie.
Zacznij od powrotu do siebie
Jeśli samotność coraz częściej zamienia się w myśl: „co jest ze mną nie tak?”, nie zaczynaj od naprawiania siebie, ani od nerwowego poszukiwania partnera, za wszelką cenę.
Mam dla Ciebie 7-dniowy plan powrotu do siebie: krótkie nagrania i pytania do codziennej praktyki, które pomagają wrócić do siebie – do swoich emocji, potrzeb i poczucia własnej wartości.
Nie po to, żeby udawać, że samotność nie boli. Po to, żeby nie patrzeć na siebie wyłącznie przez jej pryzmat.
Możesz być samotna i nadal być wartościową kobietą.
Możesz być samotna i nadal mieć w sobie ciepło, ciekawość, siłę, wrażliwość.
Możesz być samotna i nadal mieć życie, które zasługuje na Twoją uwagę.
Nie chodzi o to, żeby na siłę szukać czegoś, co zastąpi związek.
Chodzi o to, żeby patrzeć na siebie szerzej.
Nie tylko przez brak.
Nie tylko przez pytanie: „dlaczego jestem sama?”
Nie tylko przez myśl: „co jest ze mną nie tak?”
Bo kiedy cała Twoja uwaga skupia się na samotności, trudno zobaczyć cokolwiek, co samotnością nie jest.
A to właśnie może Cię jeszcze bardziej zamykać.
Co możesz odzyskać, nawet jeśli nadal jesteś sama
Nie zawsze mamy wpływ na to, kiedy pojawi się odpowiedni człowiek.
Ale mamy wpływ na to, czy w czasie czekania całkiem stracimy siebie z oczu.
Możesz zacząć odzyskiwać kontakt z tym, co czujesz.
Z tym, czego potrzebujesz.
Z tym, co jest dla Ciebie ważne.
Z tym, co daje Ci poczucie życia, nawet jeśli nie zapełnia całego braku.
To nie jest rezygnacja z miłości.
To jest zrobienie w sobie miejsca na życie, które nie kręci się wyłącznie wokół braku miłości.
Nie dlatego, że nagle znika potrzeba bliskości.
Tylko dlatego, że przestajesz traktować związek jako jedyny dowód swojej wartości.
Wtedy pojawia się więcej przestrzeni w Twoich relacjach.
Znika lęk, jest mniej napięcia, nie ma desperacji i testowania siebie po każdym spotkaniu. Tych męczących analiz, każdego słowa, gestu, reakcji drugiej strony.
Bo żeby związek mógł się pojawić i rozwijać, potrzebuje przestrzeni.
A kiedy chcesz za bardzo, łatwo z napięcia zniszczyć coś, co mogłoby spokojnie rosnąć.
Jeśli czujesz, że samotność coraz częściej zamienia się w myśl: „co jest ze mną nie tak?”, zacznij od powrotu do siebie.
Nie po to, żeby udawać, że samotność nie boli.
Tylko po to, żebyś nie musiała patrzeć na siebie wyłącznie przez jej pryzmat.
Zacznij od siebie – sięgnij po 7-dniowy plan powrotu do siebie i zaprzyjaźnij się ze sobą
