Wciąż jestem sama i boję się, że tak już zostanie.
To są historie trzech kobiet, które pragną związku, ale jednocześnie unikają zaangażowania się w relację z mężczyzną. Świadomie, chcą zawiązku, wstydzą się samotności i lękiem napawa ich ewentualność, że mogłoby tak być, już na zawsze. Ale w życiu każdej z nich nie ma miejsca na relację z mężczyzną.
15/04/2009 @ 19:55 Agnieszka 30 lat
Mam 30 lat, jestem samotna, czasami myślę że poprostu muszę czekać na tego jedynego i napewno się pojawi, a czasami a powtarza się to co jakiś czas wpadam w dół i myślę tylko o tym że coś chyba jednak ze mną nie tak że inni mają rodziny a ja wciąż jestem sama i boję się ze juz tak zostanie. Kiedy jestem w dołku nie potrafię o niczym innym myśleć, na niczym innym się skoncentrować, zadręczam się tą myślą, czuję się inna (gorsza). Coraz trudniej znoszę samotność, chcę założyć rodzinę ale nie wiem czy mam poprostu czekać na tego jedynego (nie mam już siły) czy nie wiem szukać tylko jak?Tak szczerze parę razy spotykałam się z obcymi mężczyznami ale moim zdaniem takie ustawiane randki są bez sensu, musi być jakaś chemia. Od dłuższego czasu myślę o jednym mężczyźnie ale on mnie nie chce a ja nie mogę o nim zapomnieć-dla mnie to ten jedyny. Czuję się jak w matni, nie wiem co robić, poprostu wciąż prześladuje mnie myśl że to ze mną coś nie tak że jestem sama i nie wiem jak mam to zmienić. Proszę o kilka słów.
Witaj Agnieszko, zawsze, gdy słyszę taką opowieść mam w sobie żal, że te wszystkie samotne kobiety w okolicach trzydziestki nie wiedzą o sobie nawzajem, wtedy mogłyby się przekonać, że fakt nie bycia w związku w tym wieku, nie jest żadnym ewenementem.
Bardzo wiele kobiet buduje swoje poczucie wartości na fakcie bycia w związku i źle znoszą samotność.
W tym, co piszesz, zwraca uwagę fakt, że skoncentrowana jesteś na mężczyźnie, z którym nie możesz być.
Z jednej strony nie możesz być w związku z tym mężczyzną, z drugiej nie możesz być z żadnym innym, dopóki tego „nosisz w sobie”.
Tu nie bardzo jest miejsce na nowe uczucie. Można by się zastanawiać, w jaki sposób „trzymanie” się tego, co nie osiągalne, jest dla Ciebie dobre, jaką pełni funkcję.
Kobiety często wchodzą w takie „niemożliwe” związki i uczucia z lęku przed bliskością. To odbywa się na nieświadomym poziomie – świadomie chcą być z kimś, marzą o tym, ale jak przychodzi, co, do czego, nieświadomy umysł podpowiada „uciekaj, bo to niebezpieczne”.
Czasem jest to lęk przed zranieniem, przed podjęciem niewłaściwej decyzji. Czasem brak wiary, że „ktoś może mnie kochać, nawet jak mnie dobrze pozna”.
Nie wiem, co może być w Twoim przypadku, tego by można się dowiedzieć w dłuższej rozmowie, ale takie motywy pojawiają się najczęściej.
Oczywiście gotowość i otwartość na wejście w bliskie relacje to jedno, a spotkanie kogoś to drugie. Tak jak powiedziałaś „musi być jakaś chemia” coś więcej musi być poza chęcią wejścia w związek. Łatwiej znaleźć taką „chemię”, jeśli poznaje się kogoś przy okazji jakiś innych aktywności, a nie od razu randki.
To, czy się spotka właściwego człowieka nie zależy w pełni od naszej woli, ale można zwiększać szanse na to, wychodząc i otwierając się na kontakt z innymi.
Nie oznacza to, że jest tylko jedna właściwa osoba „druga połówka” – to jest mit. Jest wiele różnych drugich połówek, które pasują „jak ulał” po kilku latach wzajemnego docierania się
19/05/2009 @ 08:40 Maligna
Mam 24 lata i jestem sama. Nie potrafię nawiązać żadnego bliższego kontaktu cielesnego z facetem. Za każdym razem uciekam, albo mówię coś głupiego czy odstraszającego: np, że lubię dziewczyny, albo na coś choruję… Nie jestem brzydka, ani głupia. Studiuję na politechnice i mam stypendium naukowe. Faceci zwracają na mnie uwagę, a ja lubię z nimi rozmawiać, spędzać czas w kinie czy na uczelni. Jednak każda ich próba dotknięcia mnie czy pocałunku budzi we mnie paniczny strach i potworne nudności. Zaczęłam z tego powodu dużo pić. Wtedy zapominam. Jestem zrozpaczona i nie umiem sobie z tym poradzić. Nie wiem już co powinnam zrobić. Moje życie to ciągły strach i kłamstwa. Nie chcę takiego życia. Bardzo proszę o pomoc i radę…
Maligna
Za każdym razem uciekam, albo mówię coś głupiego czy odstraszającego: np, że lubię dziewczyny, albo na coś choruję…/…/ każda ich próba dotknięcia mnie czy pocałunku budzi we mnie paniczny strach i potworne nudności
Czyli innymi słowy, kontakt fizyczny jest dla Ciebie tak zagrażający, że wolisz powiedzieć coś głupiego niż narazić się na pocałunki czy inne dotknięcia.
Zagrożenie i bliskość są w twoim umyśle, ściśle ze sobą związane.
Być może wiesz skąd się wzięło się to połączenie (zagrożenie – bliskość), być może jest to na poziomie nieświadomym i nie masz żadnych skojarzeń, związanych z zagrożeniem, jakie niesie dla Ciebie bliskość fizyczna. W każdym razie, Twój nieświadomy umysł chroni Cię przed czymś, co jest dla Ciebie przerażające w bliskości i oddaniu siebie.
Więc to, co można zrobić w pierwszej kolejności to zaakceptować i docenić swoją nieświadomość za to, co dla Ciebie robi. W drugiej kolejności sprawdzić, co by było potrzebne abyś mogła się czuć bezpiecznie w takim zbliżeniu.
Być może są jakieś sprawy z przeszłości, które trzeba zamknąć. Być może masz jakieś przekonania nt. samej siebie, które powinny się zmienić abyś mogła się czuć swobodniej, w kontakcie z mężczyzną. Być może masz jakieś przekonania odnośnie tego jak powinny wyglądać tego typu zbliżenia i te, sytuacje, z których uciekałaś nie spełniały ważnych dla Ciebie warunków – powstałoby, zatem pytanie, jakie warunki powinny być spełnione abyś mogła w ogóle myśleć o zbliżeniu.
06/06/2009 @ 16:48 Acetylocholina
Witam. Mam od pewnego czasu pewien problem (właściwie to od ok 3 lat). Obecnie mam 19 lat, ale kiedy miałam 16 to byłam bardzo zakochana w pewnym chłopaku, uważam że naprawdę go kochałam (choć inni zawsze komentują to w ten sposób ze w wieku 16 lat nie da się kochać). Od 2,5 roku nie mam kontaktu z tym chłopakiem, bardzo się pokłóciliśmy, zawiedliśmy na sobie nawzajem, popełniłam potem wiele błędów – m.in byłam w związku z jego bratem. Wiem że już nic nie czuję tej mojej dawnej miłości, ale często śni mi się w nocy, zdarza mi się płakać przez to że to wszystko się tak potoczyło, ale równocześnie cały czas wiem że on nie jest taki za jakiego ja go uważam. Stworzyłam w swojej wyobraźni ideał daleki od rzeczywistości i nie potrafię się od niego uwolnić. Marzę o miłości, o związku, co więcej potrzebuję tego, jest mi źle samej, czuję się na to za słaba. jednak gdy jakiś chłopak mnie zaprasza gdzieś to znajduję w nim jakieś minusy i nigdy nie dochodzi do tego spotkania. Ale te propozycje nie zdarzają się często.Nie jestem rozrywkową dziewczyną, nie lubię imprezowego życia, dlatego odmawiam chłopakom którzy takie prowadzą.Jednak chciałabym na nowo otworzyć się na ludzi, bo czuję że tamten chłopak, a raczej wyobrażenie o nim uniemożliwia mi budowanie nowych relacji z nowymi ludźmi. Od października zaczynam studia, marze o tym by był to początek życia bez Niego, bez myśli o nim, bez snów, bez łez. Po prostu nowego życia. Takiego jakie powinnam była rozpocząć 2,5 lat temu.
Może z boku to nie wygląda na problem, ale dla mnie stanowi wielki, nie chce już więcej przez to płakać.
Nie wiem też jak radzić sobie z tymi emocjami, jak np płacz, chciałabym być silna psychicznie, ale boję się że tej mojej wrażliwości nie da się zmienić.
Bardzo proszę o pomoc…
Witaj,
Proponuję Ci abyś przeczytała pytania Agnieszki i “Magliny”, oraz moje odpowiedzi na nie. Takie uporczywe trzymanie się dawnej miłości pełni jakąś ważną funkcję w Twoim życiu. Ogólnie mówiąc, chroni Cię przed wejściem w związek z mężczyzną. Świadomie tego chcesz, ale gdzieś głębiej jest jakiś powód, dla którego (nieświadomie) uznałaś, że lepiej się z nikim nie wiązać.
Być może warto abyś zadała sobie pytanie, w jaki sposób utrzymywanie w swoich emocjach, tego wyidealizowanego obrazu, „jest dla mnie dobre”.
Ten obraz nie ma wiele wspólnego z rzeczywistą osobą i Ty o tym wiesz. Raczej tamten chłopak z przeszłości był inspiracją do stworzenia sobie takiego kogoś, kogo w rzeczywistości nie ma. Ten obraz jest, Co do czegoś potrzebny. Być może otwierająca byłaby odpowiedź na pytanie, co by się zmieniło gdyby ten obraz stracił swoją siłę oddziaływania. Czego się boję w związku z taką zmianą? Co zyskuję unikając zaangażowania w relacje damsko-męskie?.
13/06/2009 @ 06:59 Acetylocholina
Dziękuję że Pani odpisała…
Wiem że to nie jest obraz prawdziwy. I wiem że tamto zranienie tak na mnie wpłynęło że teraz może podświadomie boję się że to się powtórzy gdy się zakocham w kimś innym. Ale jak i czy w ogóle przenieść tą podświadomość do świadomości? Stawianie sobie pytań, które uświadamiają mi że się zamknęłąm na innych daje odpowiedzi dlaczego tak się stało. Ale nie dają odpowiedzi jak z tym raz na zawsze skończyć i zacząć nowe życie.
No i nadal nie wiem, jak radzić sobie z emocjami ;( Czasami mała drobnostka potrafi doprowadzić mnie do płaczu. Czy to po prostu wrażliwość, której nie da się zmienić? Od dziecka jestem wrażliwa, każdy wzruszający film potrafi mnie doprowadzić do łez, podczas gdy inni wcale się nie wzruszają.
Tak masz rację, analizowanie problemu i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dlaczego do tego doszło, często sprawia, że stajemy się coraz bardziej świadomi swoich problemów, ale nie przybliża to nas za bardzo do tego, czego chcemy.
Żeby dojść w to miejsce, w którym chcemy się znaleźć, musimy przede wszystkim stworzyć bardzo wyraźny obraz tego, co ma być, do czego dążymy.
W Twoim przypadku ważne by było stworzenie bardzo dokładnej wizji „nowego życia”. A następnie zbudowanie planu dojścia – czyli połączenia tej wizji z momentem, w jakim jesteś teraz. Jeśli chcesz dowiedzieć się dokładniej jak to zrobić, zapraszam Cię do zapisania się na mój bezpłatny kurs mailowy „Jak zmieniać problemy na cele możliwe do realizacji”. Dostaniesz w nim szczegółowe instrukcje i ćwiczenia potrzebne do tego aby zacząć znajdować drogę do tego, czego chcesz w swojej przyszłości.



Witam. Za kilka miesięcy stuknie mi dwudziestka, a ja mam poważne problemy. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Nigdy nie wiem co powiedzieć, zawsze mam wrażenie, że robię z siebie głupka. Z „płcią piękną” jestem w stanie po wielu mękach nawiązać jakikolwiek kontakt, ale z facetami….totalna porażka. I tu właśnie zaczyna się mój kolejny problem – za każdym razem uciekam, żadnemu facetowi nie pozwalam się do siebie zblizyć – chodzi o rozmowę, poznawanie siebie. Odstraszam ich od siebie ;(. Nie no tragedia po prostu ;(. Mam tego serdecznie dość, wielokortnie próbowałam coś z tym zrobić, zawsze z marnym skutkiem. Nie chcę być wiecznie samotna, a ku temu zmierzam. Jestem w takim wieku, że każdy ma już swoją połówkę, czuję się samotna, brakuje mi jakiś sillnych ramion, głupiej bliskości i wiedzy, że zawsze mam na kogo liczyć.
Mam przyjaciół wśród nich gadam i gadam i gadam i ciężko mi skończyć. Od pewnego czasu mój nastrój jest jak sinusoida – jednego dnia rozpaczam, rozczulam się nad sobą i swoją głupotą, drugiego – dzień nadziei – mówię sobie bądź silna..Co powinnam zrobić, by pozbyć się tego cholerstwa? Bardzo proszę o porady. Zrozpaczona
Zwracam się z prośbą o porade.Za nie całe 2 lata osiągnę magiczne 30 lat:) i w dalszym ciągu od 7 lat jestem sama ,bez znajomych, bez jakichkolwiek zainteresowań i braku pomysłu co powinnam zrobić by to zmienić.Jak również od 5 lat bardzo dobra koleżanka przestała nawiązywać kontakty ze mną z dnia na dzień.Jestem dziewczyną, która przy nawiązywaniu kontaktów albo zabardzo się stara i wygląda to sztucznie i trace kontakt bo bardzo chciałabym poznać nowych ludzi.Zdarza się i tak, że nie wiem o czym porozmawiać i słucham tej drugiej osoby i nie umiem skomentować tylko się uśmiecham.Jestem spokojna jak również czasem nie czuję się pewnie. Czasem mam wrażenie, że gdy napotkam osoby które mają coś to coć co mnie przyciąga do nich bo bardzo chciałąbym znaleźć się w ich towarzystwie to okazuje się, że nie mam nic z nimi wspólnego i nie potrafię z nimi rozmawiać . A jest grupa ludzi, którą z kolei ja przyciągam to mogłabym z nimi porozmawiać ale nic więcej.Mam też uczucie,że wszystko zawaliłam będąc na studiach. Zamiasta nawiązywać nowe znajomości czuć te uroki bycia studentem to ja skupiłam się na nauce i przeniosłam się po pierwszym roku na studia zaoczne by zdobyć tytuł licencjata i zdobyć jak najszybciej dobrą pracę.I owsze zdobyłam licencjat a wcześniej zdobyłam pracę z zgodnie z zainteresowaniami i m lecz nie zdobyłam w niej uznania pomimo ciężkiej pracy jaką w nią włożyłam by móc coś uzyskać i w niej się utrzymać (i mimo zajmowane stanowiska kierowniczego) bo w pracy jestem przez pracodawcę traktowana jak „maszyna do robienia pieniędzy” a nie jak człowiek.Więc pracując w jedenj firmie od popnad 3 lat intensywanie skupiłam się na poszukiwaniu nowej pracy, ale nie widać do tej pory rezultatów. By coś zminić bo od ponad 5 lat przestałam wychodzić do ludzi , straciłam chęci bo zacokowiek się próbowałam zabarć to zaraz miałam nie chęć nie widziałam sensu w tym żadnej motywacji i braku jakichkolwiek rzulatów pomimo zakładanych założeń, że nic odrazu nie przychodzi. Przykładem może być to, że próbował 2 razy podejść do studiów uzupełniających magisterskich czy pójść do klubu fitness by poćwiczyć wysmuklić sylwetke bo mam akurat problem z nogami są zbyt masywne i nie zabardzo czuję się z nimi psychicznie dobrze. To ja zaczełam unikać bo wchodząc na siłownie to sali fitness czułąm wzrok innych osób ćwiczących i śmiechy.Pamiętam nawet kupiłam sobie rower na którym pojeździłam 5 razy od momentu jego kupna a było to 2 lata temu. Ciągla sama jeździłam i też nie umiłam wyznaczyć sobie tras.Gdziekolwiek chcę wyjść to panicznie się denerwuje, że sobie nie poradzę, muszę mieć to zapalnowane.Jak sama kiedyś odważyłam się wyjść do klubu to będą na imprezie bawiłam się sama blisko ściany i przy małej ilość osób będącej na parkiecie.Mam do siebie żal bo 6 lat temu kiedy rozpoczynał się bum na kursy tańca to ja nic nie zrobiłam w tym kierunku. Tylko dopiero w tamtym roku zapisłam się na kurs tańca ale nic nie wyszło bo w jedej szkole gdzie były tworzone pary to chłopcy odemnie się odsuwali uciekali to innych partnerek związku z tym przeniosłam się do innej szkoły.Tam z koleji na drugim spotkaniu nie miałam juz partnera i musiałam zrezygnować.Jedynie mam oparcie w młodszej siostrze, która wraz z chłopakiem zabiera mnie na wakacje czy do kina czy do restauracji.Szczerze powiem, że nie wiem od czego zacząć przestałam płakać tylko się śmieje i siedzę w domu.
Witam,
Zwracam się z prośbą o porade.Za nie całe 2 lata osiągnę magiczne 30 lat:) i w dalszym ciągu od 7 lat jestem sama ,bez znajomych, bez jakichkolwiek zainteresowań i braku pomysłu co powinnam zrobić by to zmienić.Jak również od 5 lat bardzo dobra koleżanka przestała nawiązywać kontakty ze mną z dnia na dzień.Jestem dziewczyną, która przy nawiązywaniu kontaktów albo zabardzo się stara i wygląda to sztucznie i trace kontakt bo bardzo chciałabym poznać nowych ludzi.Zdarza się i tak, że nie wiem o czym porozmawiać i słucham tej drugiej osoby i nie umiem skomentować tylko się uśmiecham.Jestem spokojna jak również czasem nie czuję się pewnie. Czasem mam wrażenie, że gdy napotkam osoby które mają coś to coć co mnie przyciąga do nich bo bardzo chciałąbym znaleźć się w ich towarzystwie to okazuje się, że nie mam nic z nimi wspólnego i nie potrafię z nimi rozmawiać . A jest grupa ludzi, którą z kolei ja przyciągam to mogłabym z nimi porozmawiać ale nic więcej.Mam też uczucie,że wszystko zawaliłam będąc na studiach. Zamiasta nawiązywać nowe znajomości czuć te uroki bycia studentem to ja skupiłam się na nauce i przeniosłam się po pierwszym roku na studia zaoczne by zdobyć tytuł licencjata i zdobyć jak najszybciej dobrą pracę.I owsze zdobyłam licencjat a wcześniej zdobyłam pracę z zgodnie z zainteresowaniami i m lecz nie zdobyłam w niej uznania pomimo ciężkiej pracy jaką w nią włożyłam by móc coś uzyskać i w niej się utrzymać (i mimo zajmowane stanowiska kierowniczego) bo w pracy jestem przez pracodawcę traktowana jak „maszyna do robienia pieniędzy” a nie jak człowiek.Więc pracując w jedenj firmie od popnad 3 lat intensywanie skupiłam się na poszukiwaniu nowej pracy, ale nie widać do tej pory rezultatów. By coś zminić bo od ponad 5 lat przestałam wychodzić do ludzi , straciłam chęci bo zacokowiek się próbowałam zabarć to zaraz miałam nie chęć nie widziałam sensu w tym żadnej motywacji i braku jakichkolwiek rzulatów pomimo zakładanych założeń, że nic odrazu nie przychodzi. Przykładem może być to, że próbował 2 razy podejść do studiów uzupełniających magisterskich czy pójść do klubu fitness by poćwiczyć wysmuklić sylwetke bo mam akurat problem z nogami są zbyt masywne i nie zabardzo czuję się z nimi psychicznie dobrze. To ja zaczełam unikać bo wchodząc na siłownie to sali fitness czułąm wzrok innych osób ćwiczących i śmiechy.Pamiętam nawet kupiłam sobie rower na którym pojeździłam 5 razy od momentu jego kupna a było to 2 lata temu. Ciągla sama jeździłam i też nie umiłam wyznaczyć sobie tras.Gdziekolwiek chcę wyjść to panicznie się denerwuje, że sobie nie poradzę, muszę mieć to zapalnowane.Jak sama kiedyś odważyłam się wyjść do klubu to będą na imprezie bawiłam się sama blisko ściany i przy małej ilość osób będącej na parkiecie.Mam do siebie żal bo 6 lat temu kiedy rozpoczynał się bum na kursy tańca to ja nic nie zrobiłam w tym kierunku. Tylko dopiero w tamtym roku zapisłam się na kurs tańca ale nic nie wyszło bo w jedej szkole gdzie były tworzone pary to chłopcy odemnie się odsuwali uciekali to innych partnerek związku z tym przeniosłam się do innej szkoły.Tam z koleji na drugim spotkaniu nie miałam juz partnera i musiałam zrezygnować.Jedynie mam oparcie w młodszej siostrze, która wraz z chłopakiem zabiera mnie na wakacje czy do kina czy do restauracji.Szczerze powiem, że nie wiem od czego zacząć przestałam płakać tylko się śmieje i siedzę w domu.
Witam,
Mam 30 lat i nie zaangażowałam się w żaden związek od 4 lat, kiedy rozstałam się z moim pierwszym chłopakiem po 6 latach związku. Związek ten zakończyłam, ponieważ mój partner nie wychodził na przeciw moim oczekiwaniom. Czułam się w tym związku jak dodatek do jego życia, a nie partnerka. Mam syndrom DDA i gdyby nie brak świadomości z czym to się wiąże pewnie nie tkwiłabym w nim tak długo. Na szczęście dowiedziałam się trochę na temat życia i zrozumiałam, że być z kimś dla samego bycia to nie jest to czego ja chcę. Od tamtej pory kilka razy próbowałam związać się z kimś i nigdy to się nie udawało. Moja przyjaciółka zawsze znajdowała odpowiedź na moje problemy. Z pierwszym za szybko poszłam do łóżka, ale zachowałam twarz i teraz jesteśmy przyjaciółmi (on jest w związku, a ja widzę, że na pewno nie chciałabym z nim być, z drugim spotykałam się 2 lata, ale zawsze stroniłam od jakichkolwiek deklaracji – zależało mu na mnie. Spotykaliśmy się dość rzadko ze względu na częste jego podróże. Źle go traktowałam (nie zabierałam na imprezy typu wesela, nie przedstawiłam nigdy żadnym znajomym i w końcu się wkurzył – po roku sam przestał mnie szanować, a ja latałam na każde zawołanie przez jakieś 3 miesiące. Aż przestało mi się to podobać i 2 może 3 razy powiedziałam mu wprost co sądzę na temat jego zachowania wobec mnie. Ostatni raz był już bardzo ostry, bo chciałam go zranić, żeby poczuł się tak jak ja. Potem zawiesiliśmy naszą nie związkową relację (to znaczy on zerwał), po miesiącu przerwy odezwał się i spotkaliśmy się od tego czasu z 5-6 razy jako przyjaciele. Większość spotkań było bardzo przyjemnych, robiliśmy coś ciekawego i „pokazałam go” (nie jako mojego chłopaka, tylko kolegę, który wpadł obejrzeć film. Ostatnim razem jednak nie było fajnie. Opiszę sytuację, bo chcę prosić o analizę: czy to jest przejaw braku szacunku do mnie czy przesadzam i powinnam zejść na ziemię – przede wszystkich zadzwonił w niedzielę o 20 i spytał czy wpadnę, akurat byłam zajęta więc nie poleciałam no i przesadził z porą, oddzwoniłam umówiliśmy się na wtorek, ale nie dzwonił – uznałam, że mu coś wypadło. Tydzień później zadzwoniłam we czwartek i umówiliśmy się na sobota lub niedziela. Zadzwonił w sobotę i umówiliśmy się na niedzielę bo w sobotę umówił się z kolegami na piwo. Miałam zadzwonić w niedzielę jak wstanę. Więc zadzwoniłam koło 11. Spóźnił się godzinę. Nie wykazywał większego zainteresowania ani tym co u mnie słychać, ani tez o sobie nie miał nic do powiedzenia. Wpadłam na film, ale po filmie wyszłam, bo czułam, ze ani on ani ja już nie mamy ochoty na to towarzystwo. Może przesadzam, ale uważam, ze nie zachował się fajnie.
To pierwsze pytanie – czy przesadzam, czy powinnam przymrużyć oko, i jak zareagować jak to się powtórzy, czy dać w ogóle szansę kolejnemu spotkaniu (oczywiście nie po to, żeby był moim chłopakiem tylko tak po prostu)? Nadal go lubię, nie widziałabym w tym problemu, ale nie chciałabym znów popaść w pułapkę gdzie mężczyzna mnie nie szanuje. Dobrze wiem, że gdyby po roku znajomości zachowywała się tak jak po 6 czy 8 miesiącach jeszcze to bym się w końcu zakochała, słabo go znałam (ten rok, gdybyśmy spotykali się co 2 dni to wyszłyby z tego jakiś miesiąc, dwa albo i nie. Oprócz spotkań, telefonów prawie nie było)
Ostatni mężczyzna w moim życiu to 33 letni chłopak (mieszka w innym mieście niż ja), który nigdy nie był w żadnym dłuższym niż miesiąc związku. Ma problem z alkoholem (wiadomo jestem zawodowcem w tych sprawach). Problem ten usprawiedliwiam jego skomplikowaną pracą i poważną i zaawansowaną chorobą w rodzinie. Poznaliśmy się w połowie lipca, choć z widzenia kojarzyłam go od nastu lat. Przez pierwszy miesiąc bardzo się zmienił – jak to się mówi – ogarnął się. Wszyscy sądzą, że przeze mnie. ale po miesiącu uroczych spotkań, przegadanych przez telefon godzin coś się zmieniło w jego zachowaniu. Nie ukrywam, że za każdym razem gdy wyczułam, że wypił 3 piwa sam w domu – zwracałam mu uwagę wprost. Może dlatego nagle zmienił swoje zachowanie, czyli przestał dzwonić. przez tydzień. To ja zadzwoniłam, żeby się spotkać. Na pożegnanie po spotkaniu nie miałam ochoty na pocałunek i wyjaśniłam mu, że nie dzwonił przez tydzień, nie wiem o co chodzi, czy rozmyślił się i nie ma jajek, żeby mi powiedzieć wprost. Powiedział, że nie rozmyślił się. Że ma takie okresy w pracy, że się alienuje i nikt tego nie rozumie. Zadzwonił po tygodniu. Potem ja po dwóch tygodniach. Znów się spotkaliśmy, ale przyjechał do mnie pijany. Byłam wkurzona, ale zdaję sobie sprawę z jego sytuacji więc olałam to i wyszliśmy na kolację a potem do pubu. Nie pozwoliłam trzymać się za rękę jak zawsze. Ale jak zawsze gdy się widzimy, był księciem. Teraz nie odbiera telefonów ode mnie. Nie tylko ja nie wiem co się z nim dzieje. Ludzie z którymi utrzymywał kontakty, też nie wiedzą (nie robiłam dochodzenia, ale ktoś po prostu mnie pytał czy nie wiem co u niego). W głębi duszy rozumiem, i znajduję powód, bo zawsze przy nim czułam, że jest szczery a przynajmniej wierzy w to co mówi w chwili mówienia. Nie wiem jak to się potoczy, zobaczymy. Jęsli się odezwie to nie odtrącę go, jeśli nie to nie wiem na co się stanie.
Moje drugie pytanie: czym spowodowane jest to, że wybieram takich partnerów, z którymi nie ma szans na związek? Nie zwracam uwagi na normalnych facetów, bo wydają mi się nudni, widzę czasem w nich desperację (mają cel się ożenić i nie ważne z kim) czy to efekt DDA, czy strach przed zaangażowaniem, każe mi wybierać partnera, który nie nadaje się do związku i jak minie miły okres to spokojnie znajdę pretekst, żeby odejść? (Choć każdy z nich, mógł mnie owinąć sobie wokół palca gdyby nie przestali zabiegać zbyt wcześnie. A może oczekuję zbyt wiele? Czy to prawda, że trzeba czasem po uprawiać gierkę i odmówić spotkania gdy się stara choć ma się na to spotkanie i czas i ochotę? Czy fakt, że po mnie widać, ze się zaangażowałam (bo wykazuję entuzjazm gdy jestem szczęśliwa i w głębi duszy oddaję się marzeniom o odległej wspólnej i wspaniałej przyszłości)
Spotykałam też i innymi, ale nigdy nie wyszło to poza granice czwartej randki – czyli nie było pocałunku więc się nie liczy.
Bo prawda jest taka, że każdy potrzebuje partnera życiowego i ja też takiego chcę.
W sumie przez przypadek natrafiłam dziś na post który pisałam tutaj w 2009 roku…
Postanowiłam napisać co wydarzyło się przez te lata. Tamten „chłopak z przeszlosci” nie zdolal wypasc z mojej glowy. Los potoczyl sie tak ze znowu nas na siebie nakierowal, spedzilismy na „budowaniu” czegokolwiek troche ponad rok. Na koniec stwierdzil ze dla niego to jednak jest przyjazn. Przepłakałam kolejny rok. Straszne. Ale wiecie co? Gdy juz stracilam nadzieje na cokolwiek, gdy juz naprawde myslalam ze nigdy nie pokocham juz nikogo bo przeciez to on byl „tym jedynym” zjawil sie w moim zyciu ktos nowy kto wszystko zmienil diametralnie. Po prostu sie zjawil, po prostu przełamał mur który sama wokół siebie zbudowałam. Po prostu wniósł w moje życie radość i szczęście. O tamtym mysle juz naprawde mniej. Czasami mi się tylko śni. Ale teraz wolałabym w ogole nie zasypiac bo rzeczywistosc jest lepsza niz jakikolwiek sen. Moj nowy zwiazek trwa tylko trzy miesiace i nie wiem czy bede z tym chlopakiem juz zawsze ale wiem ze jest to przełom w moim zyciu. Wiem też że mimo ogromnego strachu jaki mialam przed wejsciem w ten zwiazek, to gdybym na poczatku zrezygnowala, zamknelabym sie jeszcze bardziej. Wiem ze nie trzeba się bać i wiem ze jednak jakos to wszystko ma sens i ze tamte cierpienia czegos mnie nauczyly. Wiem tez ze nie mozna uszczesliwic nikogo na sile. Gra nie jest warta swieczki. Wszystkim ktorzy zmagaja sie z piętnem dawnej milosci zycze odwagi. By nie zamykac sie na nowych ludzi i dac im szanse, moze zaskoczyc Was to kim ktos zupelnie obcy i nowy – mimo ze zupelnie rozny od tamtego – moze stac sie w Waszym zyciu.
Pani Kalinowskiej dziekuje za tamta rade – z perspektywy czasu rozumiem jak bardzo samokrzywdzace jest zamykanie sie na innych. A wszystkim innym zycze siły i pamiętania że „po każdej zimie przychodzi wiosna, nawet gdy bardzo jest spóźniona”
Witam jestem z moim partnerem 4 lata i mam 2 wielkie problemy, które nie
dają mi żyć. jestem osoba bardzo skryta i naprawdę ciężko mi powiedzieć
co leży mi na duszy. Pierwszy problem to siostra mojego partnera.
Odczuwam, niesamowita niechęć do niej, czuje ze nie chce żebym była z
moim chłopakiem. Denerwuje mnie to ze jesteśmy o 200 km oddaleni od jego
miejscowości rodzinnej i co tydzień jeździ tam i wymyśla jakaś wymówkę,
mało tego codziennie rozmawia przez skypa z nią. Boje się ze nie potrafi
on oderwać się od rodziny. Wiem ze ona strasznie nim manipuluje Bardzo
proszę o pomoc co mam zrobić z tym?
Drugi problem to choroby psychiczne jakie panują u niego w rodzinie.
Jego mama i jej siostry często trafiają do szpitala psychiatrycznego,
chodzi przede wszystkim o agresje i nadpobudliwość. Czy jest możliwe ze
moje dzieci z nim mogą też być na coś chore czy takie choroby przechodzaą
dziedzicznie? Bardzo proszę o wskazówkę, ponieważ jest mi bardzo ciężko
i nie radze sobie już z tym wszystkim.Boje sie ze zostane sama.i ro
Witam . Chciałam zasięgnąc porady dotyczace konatktów między ludzkich. Mam 22 lata i jestem osoba niesmiala o niskiej samoocenie . Nieumiem otworzyc sie przed ludzmi,dlatego tez mam jedna kolezanke ktora tez niema czasu dla mnie ostatnio , wiekszy tez mam problem z kontaktami z chłopakami..zawsze znajduje jakas wymówke jak kogos poznam , nieumiem sie przed nim otworzyc i zblizyc…Czasmai bije sie z myslami. Moja mama sie bardzo martwi bo i z nia nieumiem porozmawiac. Jest mi z tego powodu bardzo smutno. Czuję sie samotna. Jak mam sobie z tym radzic?
Z tego co piszesz kolejność jest taka:
Czujesz się samotna i jest Ci smutno, ponieważ nie umiesz się otworzyć do ludzi i to sprawia, że nie masz wokół siebie nikogo, poza jedną koleżanką, a to z kolei jest spowodowane tym, że źle myślisz o sobie.
A więc jest to coś od czego powinna zacząć się zmiana. Abyś zaczęła mieć więcej ludzi wokół siebie, aby się do nich otworzyć, musiałabyś zacząć inaczej myśleć o sobie.
Pytanie jest więc jak zmienić myślenie na swój temat.
To jest możliwe, bo samoocena jest „rzeczą nabytą” jest czymś co nauczyliśmy się myśleć o sobie, więc możemy to zmienić. Jeśli się raz czegoś nauczyłaś, to możesz nauczyć się drugi raz.
Aby to zrobić, trzeba zacząć uświadamiać sobie to, w jaki sposób myślisz o sobie w różnych sytuacjach i zastanowić się, jak by miały wyglądać Twoje myśli gdybyś miała wyższą samoocenę. Zacząć świadomie puszczać myśli tym nowym torem. To może być trudno zrobić samemu, więc dobrze by było gdybyś zastanowiła się na ile ważna jest dla Ciebie ta zmiana.
Jeśli Ci bardzo zależy na tym, żeby rzeczywiście się udało to zrobić i chciałabyś, aby było to w krótszym czasie, to lepiej byłoby zdecydować się na pomoc psychologa.
Jeśli nie bardzo Ci zależy na tej zmianie, możesz dać sobie jeszcze na to czas, to możesz spróbować form bardziej samodzielnych i korzystać z gotowych materiałów – nagranych treningów zmiany przekonań na swój temat lub z poradników, które zawierają opisy ćwiczeń pozwalających na zmianę myślenia.
Dobrym treningiem jest „Uwolnij swój zniewolony umysł” Lecha Dębskiego (bardzo skutecznego trenera NLP) – kliknij tytuł aby dowiedzieć się więcej.
Szeroki wybór poradników psychologicznych znajdziesz na stronie „Złotych Myśli” – masz tam możliwość przejrzenia, za darmo fragmentów książek, które Cię zaciekawią i sprawdzenia na ile mogą być przydatne.